maj
26

Nie lubię owijać w bawełnę (za długo), więc od razu to napiszę: mój blog o erasmusie w Alicante niestety, ale umarł śmiercią naturalną. (nie płaczcie!)

Łatwo to zauważyć zerkając na datę ostatnie wpisu… No niestety, prawda jest taka – przynajmniej w moim przypadku – że pobyt na erasmusie nie polega na spędzaniu sporej ilości czasu przed kompem, a jeżeli już siedziałem przed nim, to po prostu nie miałem wewnętrznego imperatywu, żeby dzielić się moimi kolejnymi przemyśleniami. Szczerze mówiąc nadal nie wiem co było powodem takiego, a nie innego, stanu rzeczy – no ale wyszło, jak wyszło.

Tak czy siak, wielce prawdopodobne, że po powrocie do PL odpale zupełnie inny blog, tym razem już regularnie update’owany – przynajmniej póki co mam zapał (oby nie okazał się słomiany).

A no i info dla osób, które myślą o erasmusie w Alicante – ale nadal mają sporo pytań i problemów:

Piszcie śmiało do mnie na maila – postaram się pomóc, jak tylko będę mógł: pawt87[[malpka]]gmail.com

Dzięki za uwagę i do ‘usłyszenia’!

Paweł.

mar
24

Costa BlancaSan Juan, Costa Blanca

p.s.

1. Wbrew przypuszczeniom WojWaja, ‘la foto del dia’ wcale nie oznacza, że codziennie będzie nowe zdjęcie ;)

2. Dosyć szybko i intensywnie mi zleciały ostatnie 2 tygodnie (=brak nowych wpisów), więc w w tym tygodniu postaram się nadrobić zaległości (wszystko dla Ciebie DubljuDublju ;) ).

mar
03

Stwierdziłem dzisiaj, że zacznę umieszcząć na tym blogu również posty typowo ‘fotograficzne’ – czyli zdjęcie i that’s all :) Coraz bardziej wkręcam się w fotografię, więc czemu miałbym nie publikować na tej stronie moich zdjęć – oczywiście tylko związanych z Hiszpanią, Alicante, Erasmusem… No to lecimy:

valenciaWalencja, Oceanarium

mar
03

Wiecie co to takiego? Jeżeli ktoś był chociaż raz w Hiszpanii – nieważne w jakim mieście – to zna to słowo i dobrze wie, co ono oznacza. Natomiast dla osób zielonych w temacie najpierw zacytuję definicję z wikipedii, a później dodam od siebie kilka słów…

Botellón is a custom that takes place mainly in the Spanish nightlife, which involves the gathering of a large number of young people mostly between the ages of 16 and 24. They gather outdoors to drink beverages previously acquired in shops (usually supermarkets), to listen to music and talk. This is often done because of the high prices in bars and being underage for bars and clubs.

Choć definicja powyżej jest dosyć ogólna to całkiem trafnie określa to, co kryje się pod słowem “botellón” (btw: la botella – butelka, el botellón – to zgrubienie od słowa “la botella”).

W każdym hiszpańskim mieście ten zwyczaj wygląda pewnie nieco inaczej, natomiast jeżeli jesteś na erasmusie w Alicante to pamiętaj, że największy botellón jest w każdy czwartek – tuż pod Castillo de Santa Barbara, start (grubo) po godz. 23.

botellon

Botellón pod zamkiem Santa Barbara

Teraz kilka moich prywatnych spostrzeżeń: Byłem tam 2 razy. Baaaardzo dużo ludzi, wszyscy coś piją, gadają, śmieją się… ale jak zgubisz znajomych, to ciężko już ich drugi raz spotkać – to po pierwsze. Po drugie, miejsce trochę feralne, bo strasznie ciemne, więc możesz przejść metr obok 10 znajomych nie dostrzegając ich… Wszystko to powoduje, że AŻ tak super na botellónie wcale nie jest (moim zdaniem), bo ciężko kogoś nowego poznać – wszyscy stoją raczej w kółkach towarzysko zamkniętych. Poza tym od groma jest Hiszpanów, którzy niestety nie integrują się mocno z nami – erasmusami.

Fajne jest natomiast to, że jest w ogóle możliwość zorganizowania czegoś takiego. Policja wie o botellonie i nie ma zamiaru interweniować. W Polsce oczywiście prawo jest dużo bardziej surowe i czasami trzymając puszkę w ręku mozna dostać mandat za “próbę spożycia alkoholu w miejscu publicznym”.

Puenta jest taka, że jeśli masz zamiar jechać do Hiszpanii na erasmusa – zapamiętaj sobie już teraz słówko “botellón”, bo będziesz go często używał/-a :)

lut
20

Jest wiele różnic między zachowaniem Hiszpanów, a Polaków – dzisiaj chciałbym napisać kilka słów na temat jednej z nich… (tym samym zacznę cały cykl, ha!) Rzecz dotyczy… przechodzenia przez jezdnię.

Hiszpanie przechodzą na zielonym – jak i czerwonym świetle. Przechodzą zawsze, kiedy tylko mogą.Co prawda na czerwonym rozglądają się (czyt. ustępują pierwszeństwa samochodom/skuterom), ale jak nic nie jedzie to idą. Na początku myślałem, że takie zachowanie reprezentują tylko ludzie młodzi, ale skądże! Bardzo szybko przekonałem się, że równie aktywni na pasach są matki z dziećmi, jak i ludzie starsi (nawet starszy pan z laską czmychnął przez jezdnię na czerwonym!).

To zachowanie trochę nie pasuje mi do wizerunku Hiszpanów – w końcu dlaczego mieliby się tak spieszyć? Oni wszystko “jutro, jutro”… Mam kilka “teorii”, którymi tłumaczę sobie to zachowanie:

  1. W Alicante ulice nie są bardzo szerokie, więc szansa, że uda Ci się przejść na druga stronę jezdni bez kontaktu z maską samochodu jest całkiem spora. Natomiast przy większych ulicach, przelotowych, jeszcze nie widziałem śmiałków.
  2. Policja przymyka oko i nie ściga pieszych… nie wiem czy to prawda, ponieważ to, że nie widziałem jeszcze nigdy, żeby policja wlepiała komuś mandat za przejście przez pasy na czerwonym nie oznacza, że nigdy tego nie robi…
  3. Większość ulic w centrum jest jednokierunkowych, więc zdecydowanie łatwiej upewnić się czy na pewno nic nie jedzie (tylko z 1 strony), niż w przypadku dwukierunkowych…

Na początku kilka razy zdarzyło mi się stać na czerwonym, jednak dosyć szybko zauważyłem, że ludzie dziwnie się na mnie patrzą, więc kolor czerwony przestał mieć dla mnie znaczenie;) Tylko nie jestem pewny, jak szybko się odzwyczaję po powrocie do Łodzi… Bo to w końcu bardzo wygodne jest… :)

lut
04

Wczoraj, podczas krótkiej ‘wycieczki’ dla Erasmusów po Alicante, doszło do następującej rozmowy pomiędzy mną a nowo napotkanymi Włochem i Niemką.
- Hej, skąd jesteś?
- Ja? Z Polski. A Ty?
- Włochy. A Ty? – Włoch zwrócił się do Niemki.
- No ja mieszkam w Niemczech.
- Aaaa. Czyli Wy w sumie możecie gadać po niemiecku, nie? – spytał Włoch
- Yyy. No, trochę umiem po niemiecku mówić, uczyłem się w liceum, ale teraz to już niewiele pamiętam. A dlaczego niby mielibyśmy gadać po niemiecku? – spytałem kompletnie zdziwiony
- No jak to dlaczego? Przecież w Polsce mówi się po niemiecku. – stwierdził oczywistą oczywistość Włoch
- Nie. W Polsce jest język polski – odparła Niemka
- Aaaa, no tak. Może być polski.

Poza tym Włoch wydawał się być bardzo porządnym gościem. Wspomniał jeszcze o tym, jak wielkim człowiekiem był Jan Paweł II, że wie gdzie jest Kraków – bo z tych okolic wywodził się Papież.

Prawdziwy Europejczyk.

sty
30

Będąc w Polsce miałem wrażenie, że palenie w kręgach studenckich – powoli, powoli – staje się coraz bardziej passe i w sumie niewielu moich znajomych pali (ja oczywiście też nie). Przyjechałem do Alicante, zamieszkałem z Włochami i co  widzę? Papierosy, papierosy i czasami na dokładkę papierosy. Każdy (słownie: każdy) Włoch czy Włoszka, których spotkałem przez te niecałe 2 tygodnie, pali. Na początku się trochę dziwiłem, bo – jak już wspomniałem – skoro w Polsce palenie w kręgach studenckich powoli odchodzi do lamusa to przecież w zachodniej Europie tym bardziej! Jak się okazuje, nic bardziej mylnego…

A i na dokładkę Włosi mają niezwykle cywilizowany nawyk wywalania petów za siebie, pod siebie, obok siebie – wszędzie, byle nie do śmietnika (których w Alicante jest od groma, w porównaniu np. do Łodzi), wrr. Całe szczęście, że co wieczór całe centrum Alicante jest myte i czyszczone, ale o tym następnym razem… Hola.